Życie wciąż się zaczyna

Opowiadanie „Życie wciąż się zaczyna”

Tak… Obiad był naprawdę pyszny. Trzeba koniecznie powiedzieć Elżuni, żeby podziękowała właścicielowi restauracji. Basieńka byłaby zadowolona, na pewno byłaby zadowolona: smacznie i tanio, a wszystko tak pięknie podane…

Wytarł usta i poprawił krawat. Rozejrzał się po sali, z zadowoleniem obserwując rozmawiających i ukradkiem śmiejących się gości. Czemu się krygują? Bo nie chcą mu sprawić przykrości? Życie jest piękne i trzeba się z niego cieszyć. Basieńka nie lubiła cieszyć się z drobnostek i z wyjątkową starannością z byle zawirowania robiła problem o niesamowitej sile rażenia. A on obrywał odłamkami. Na szczęście, z czasem się uodpornił.

Poczuł, że ktoś łapie go delikatnie za ramię. Odwrócił się i zobaczył twarz córki.

– Co tam, Elżuniu?

– Tato, państwo Góreccy chcą się pożegnać…

– Już? No, trudno… – spojrzał w ich stronę z sympatią i lekko się zdziwił, widząc ich zbolałe twarze.

Podszedł do nich dziarskim, elastycznym krokiem. Górecka wyglądała jak zbity pies, a jej małżonek uciekał wzrokiem.

– Dziękuję, że państwo przyszli… – powiedział z uśmiechem.

– Panie Stefanie… Niech pan się trzyma… Potrzeba czasu – plątała się kobieta.- Pani Basieńka to była taka urocza osoba… – głos się jej załamał i rozpłakała się.

Patrzył na nią z niedowierzaniem, nieco zdziwiony jej reakcją. Nawet nie wiedział, że żona miała taką opinię wśród znajomych. Górecki chwycił go za rękę i bez słowa mocno ją ścisnął. Potem zgarnął żonę i w ten sposób szczęśliwie rozpoczął exodus żałobników.

Po godzinie Stefan był już w domu. Cichutko wszedł do ciemnego korytarza, niemal na pamięć znając wszelkie wystające przedmioty, których poruszenie mogło spowodować niepotrzebny hałas. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma kogo budzić i śmiało zapalił światło. Zrzucił buty z ulgą – ciasne i wąskie pantofle, kupione dosłownie dzień przed pogrzebem paliły go żywym ogniem. Rozmasował zmęczone stopy i wzuł zdeptane laczki. Basieńka wielokrotnie próbowała walczyć w tym truchłem, ale on się uparł. Miał niewiele przyjemności w życiu, więc przynajmniej te cholerne kapcie niech mu umilają brzemię codzienności. W szafce leżało co najmniej pięć par nowych laczków, będących  prezentami skazanymi na zapomnienie.

Mieszkanie było świeżo wysprzątane ręką córki i obu wnuczek. Kochał je wszystkie, ale nie mógł ścierpieć tego ich chorobliwego porządkowania, odziedziczonego po Basieńce. Wzdrygnął się na wspomnienie tych rytualnych porządków, trzy razy w tygodniu, w sterylnie czystych pomieszczeniach. Zazdrościł sąsiadowi spod trójki, że u niego nawet zapach jest inny niż samych chemicznych zajzajerów, zabijających nie tylko zarazki, ale nawet myśl o nich. Tam pachniało ciastem i czymś trudnym do uchwycenia. Może starością? Wprawdzie nie czuł się stary i nie chciał śmierdzieć jak przeciętny emeryt: tanią wodą kolońską i znoszonymi „domowymi” ciuchami, ale twierdził, że trochę luzu by się przydało… Ale Basieńka wszystko prała z zaangażowaniem szopa, a potem godzinami prasowała, narzekając na ból krzyża. Miał przecież niezłą emeryturę i mogli nająć jakąś studentkę do prasowania, ale żona nie wyobrażała sobie obcej kobiety w domu, pewnie z obawy o utratę wizerunku idealnej gospodyni domowej…  Ważne – do listy trzeba dopisać prasowanie!

W bieluteńkiej kuchni większość rzeczy była jeszcze starannie pochowana, oprócz używanego dziś rano czajnika, ulubionego kubka, pudełka z herbatą i cukiernicy.

Torebkę z herbatą trzymał w kubku tak długo, aż kolor naparu nabrał smolistego odcienia. Potem wsypał dwie czubate łyżeczki cukru. Zamieszał energicznie i uśmiechnął się na myśl, że nie robił sobie takiej herbaty od ponad czterdziestu lat. Basieńka parzyła herbatę zaledwie minutę i liczyła mu każdą nadprogramową łyżeczkę cukru. Pił tę lurę z cierpliwością buddyjskiego mnicha, nie licząc nawet, że jeszcze kiedyś pociągnie tradycyjnej, rodem z akademika siekiery. Przez całe studia pił napar tak mocny, że na szczęście w tej koszmarnej biedzie można było spokojnie zrezygnować z dużo droższej kawy.

Wziął kubek i poszedł do dużego pokoju. Zapalił światło i ostrożnie postawił herbatę na stole. „Podkładka!” – niemal usłyszał głos Basieńki. „W dupie to mam…” – pomyślał z ulgą. Włączył telewizor i spokojnie zaczął przeskakiwać kanały: wiadomości, reklama, reklama, publicystyka, reklama, animowany koszmar, gadające tępe łby, reklama… Zniechęcony zatrzymał się na programie o pilnej potrzebie asymilacji dotychczas wykluczonych grup społecznych: kobiet, absolwentów, bezrobotnych i seniorów. Zaśmiał się drwiąco i pomyślał „Już ja wam się zasymiluję!”. Nigdy nie zaakceptował upływającego czasu i otwarcie drwił z „godnego starzenia się”. Wciąż czuł się młodo, no, może nie jak nastolatek, ale stanowczo lat trzydzieści było mu bliższe niż zapisane w metryce sześćdziesiąt pięć plus. Wiedział, że wciąż wygląda atrakcyjnie, jest zadbany, w miarę rozruszany. Elegancki ubiór i kosmetyki to oczywiście zasługa Basieńki, jednakże fakt, że był przystojny w swej dojrzałości sprawiał, iż czuł się atrakcyjnym kąskiem dla okolicznych wdówek i haniebnie porzuconych sąsiadek.

W łazience wciąż jeszcze stały kosmetyki Basieńki, jej drobiazgi i nie wiadomo do czego służące durnostojki. Takie koszyczki na przykład: po co to? Jego część półki była zastanawiająco mała, a rzeczy żony panoszyły się niemal wszędzie.  Dlaczego dziewczyny tego nie wyrzuciły, nie zabrały? No chyba nie z szacunku do zmarłej, przecież to niedorzeczne! Poszedł do kuchni po plastikowy worek i spokojnie zaczął zbierać ten dobytek. Z półki znikały sukcesywnie toniki, mleczka czy inne śmietanki (gdy ostatnio Basieńka przyniosła od Elżuni jakieś tam masło zapytał, czy otwiera sklep z nabiałem. Wściekła się, zatrzasnęła drzwi od łazienki i rozpoczęła swoje pomadowanie). Potem kolejno: kremy, maseczki, dziwne buteleczki i fiolki, waciki, płatki… Boże, ile tego było! Z namysłem rozstawił swoje kosmetyki (krem, dezodorant i woda kolońska), spojrzał z satysfakcją i otworzył szafkę z lustrem. Tona leków wszelkiego przeznaczenia, należących do Basieńki, która leczyła się wręcz hobbistycznie i jemu nakazywała bez przerwy sprawdzać jakieś wyimaginowane, dostrzeżone przez nią u niego objawy. Do worka. Całość – do worka. Do worka! Do worka! Wszystko wreszcie do cholernego worka!

Zamknął szafkę i natrafił na swój wzrok w lustrze. O, bez wątpienia nadal wyglądał naprawdę nieźle. Basieńka wciąż się podrasawiała, ale stanowczo to on był w tym małżeństwie piękniejszą połową. Basieńka była gospodarna, czysta, dbająca o dom, niego, dziecko i wnuczki. Już nie pamiętał, dlaczego się pobrali?… Chyba była pod ręką, zawsze taka w niego wpatrzona, niemal na skinienie.  Po ślubie szybko mu udowodniła, kto w ich małżeństwie nosi spodnie i dlaczego. Tłamsiła go latami, a on z czasem zaakceptował taki układ. W końcu niczego mu nie brakowało… No… może momentami tęsknił za czymś, czego nazwać nie potrafił, ale dusił to w sobie i z czasem zapominał.  Przestał dyskutować, forsować swoje zdanie, upierać się. Basieńka potrafiła tak sprawy poprowadzić, że po prostu odpuszczał.

Zrobił sobie wspaniałą, odprężającą kąpiel. Od jakiegoś czasu Basieńka pilnowała, żeby nie moczył się w gorącej wodzie, bo to przecież szkodzi na serce, a w jego wieku… Szlag z tym! Wiedział, że serce ma zdrowe, tylko dla świętego spokoju rezygnował z odprężających sesji w gorącej wodzie na rzecz szybkiego prysznicu. Elżunia już wczoraj przygotowała mu czyste ręczniki i piżamę, cierpliwie tłumacząc (wielokrotnie), co i gdzie ma położone. Matka wypracowała w niej ten przedziwny, chory mechanizm ciągłego sterowania facetem w domu. Żadna z nich nie wiedziała, bo nie chciała wiedzieć, jak doskonale się we wszystkim orientuje. Nie widział powodów, żeby się tym chwalić: wszystko było podane pod nos. Co z tego, że ze sporą dawką wyrzutów? Piżama od rana leżała zmięta na pralce, obok wciąż wilgotnego ręcznika. Sięgnął po świeży, pachnący do upojenia kwiatową łąką, której woni nie znosił. Nałożył piżamę i tym razem oba ręczniki starannie rozwiesił. Miał wrażenie, że w drzwiach stoi uśmiechnięta Basieńka i patrzy na niego z niekłamaną satysfakcją. Eee, wszystko jedno…

Wszedł do kuchni i z lubością uchylił drzwi lodówki. Dziś rano, jeszcze zanim nadciągnęła Elżunia, wyskoczył do rzeźnika i nabył w sekrecie swoje ukochane frykasy: pasztet („Jezu, przecież to zmielony pies z budą!”) i serdelki („Proszę cię, no naprawdę chcesz jeść papier toaletowy?”). Do tego kostka cudownie zatykającego arterie masła i biały chleb tostowy. Od lat nie jadł po osiemnastej, a do tej godziny – zawsze coś lekkiego, stosownego do wieku i mocy przerobowych żołądka. Teraz wreszcie siadł do późnej kolacji, delektując się dawno zapomnianymi smakami. Popijał wystudzoną, niemal gorzką od intensywności herbatę i starał się wyobrazić sobie minę Basieńki. O, byłaby wściekła!

Zawsze myślał, że to on umrze pierwszy. Basieńka tak o siebie dbała, przestrzegała wszelkich zasad zdrowego trybu życia, na nieustającej diecie, w ciągłym kontakcie z lekarzami wszelkich specjalności. Zaskoczyła go… Znalazł ją rano w łazience. Osunęła się i zastygła wpółuwieszona na wannie. Przez chwilę myślał, że coś myje, nawet się zdziwił, że tak rano, bez śniadania… A ona nie żyła…

Zadzwonił natychmiast do Elżuni. A potem wszystko potoczyło się tak szybko, że nie był w stanie nadążyć. Córka zabrała go do siebie i nie chciała wypuścić. Pogrzeb miał być dopiero za pięć dni, więc stanowczo zażądał, że ostatnią noc przed uroczystością spędzi jednak we własnym łóżku. Odpuściła… Może po tej awanturze, kiedy dość brutalnie ją uświadomił, że nie ma zamiaru niczego zmieniać w swoim życiu, a o przeprowadzce i sprzedaży mieszkania nie ma nawet mowy, była bardziej potulna? Wieczorami, leżąc na kanapie w salonie u Elżuni, spokojnie i z namysłem sporządzał listę najważniejszych spraw do załatwienia „potem”: harmonogram zakupów, sprzątania, opłacania rachunków, spakowanie i oddanie do PCK rzeczy Basieńki – wszystkie w doskonałym gatunku. Do listy dopisał wynajęcie dziewczyny do prasowania, mycia okien i podobnych spraw. Elżunia ma swoje życie i swój dom, po co ją fatygować? Zresztą, jakie przyjemności mu pozostały? Popatrzy sobie przynajmniej na młodą kobietę, może pogada, pożartuje?

Kiedy już leżał w łóżku wreszcie całym tylko dla niego i sięgał po przygotowaną wcześniej książkę („Nie czytaj przy tym świetle! Masakrujesz sobie wzrok!”) pomyślał, że sąsiadka z pierwszego piętra to urocza i całkiem przystojna kobieta, podobno rozwódka… Może za kilka dni ją zagada, zaprosi na spacerek albo kawę? W końcu jest zbolałym wdowcem i przyda mu się odrobina pocieszenia… Tak, nowy, choć niespodziewany etap w jego życiu zapowiadał się niezwykle interesująco.

W najlepszym okresie życia. A wcześniej? Potrafię zrobić meble (od podstaw), znajomość języka polskiego to moja super power dzięki studiom polonistycznym. Do tego podyplomy z public relations i znajomości UE. Teraz zajmuje mnie praca z tekstem: pisanie na zlecenie, korekta - od ponad 10 lat współpracuję z wydawnictwem uniwersyteckim; wsparcie językowe (pomoc niezbędna przy weryfikacji tekstów reklamowych, choć nie tylko). Lubię obserwować i dokumentować niemal wszystko - taki fotoreporterski bzik :-) poza tym kusi mnie fotografia kulinarna i pewnie coś z tym wkrótce zrobię. A póki co - piszę, piszę, piszę... Zapraszam na bloga mojenarracje.blogspot.com.pl oraz na fanpage Moje narracje. W przygotowaniu kilka kolejnych profili, gdzie pilnie ćwiczę swój pisarski warsztat. Na rok 2017 zaplanowałam projekt 365 dni #siepisze. Działam, bo to kocham :-)
Posts created 23

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Do góry