to tylko biznes

Opowiadanie „To tylko biznes”

Ostatni rzut oka na swoje odbicie w lustrze i był gotów do wyjścia. Robert wiedział, że dobry wygląd to gwarancja sukcesu. Grafitowy garnitur leżał idealnie, do tego jasnobłękitna koszula i krawat w ciekawym odcieniu stalowej szarości. Gładko ogolony i pachnący wodą kolońską z naprawdę wysokiej półki stanowił obraz mężczyzny doskonałego. No, może prawie…

Sprawdził, czy ma przy sobie kluczyki i dokumenty samochodu i wyszedł z domu. Fura była świeżo wypucowana, a tańczące na lakierze promienie słońca wręcz oślepiały. O tak, taki wóz zawsze robi wrażenie. Oczywiście nie pojadą na przejażdżkę, ale pozornie niedbały rzut oka z okna może mieć spore znaczenie.

W portfelu jeszcze raz sprawdził adres, odetchnął kilka razy i włączył silnik. Już nie było odwrotu.

Na osiedlu znalezienie jakiegokolwiek numeru graniczyło z cudem. Po dłuższej chwili zaparkował pod właściwym blokiem i z lekkim ociąganiem wysiadł. Z rezygnacją spojrzał w górę, powoli podszedł do wejścia i cierpliwie czekał, aż ktokolwiek będzie wchodził lub wychodził, bo naciskanie dzwonka domofonu w tej sytuacji byłoby mocno nierozsądne. Po kilku minutach z budynku wychodziła jakaś starsza pani, a on szarmancko przytrzymał jej drzwi. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ułatwiając mu wejście. Z każdym pokonywanym schodkiem czuł coraz większe ciśnienie, niemal rozsadzające głowę. Stres powoli zaciskał się na jego gardle, utrudniając i tak już płytki oddech.

Kiedy stanął pod właściwymi drzwiami jeszcze się wahał… ale ostatecznie nacisnął dzwonek i z napięciem nasłuchiwał dźwięków z wnętrza. Kroki, gmeranie przy zamku, klamka się zapadła i w uchylonych drzwiach wreszcie go zobaczył… Facet był mniej więcej w jego wieku, podobnego wzrostu, ale trochę tęższy; w domowych, powyciąganych ciuchach, z kilkudniowym zarostem i lekko zmierzwionymi włosami wyglądał… dokładnie tak, jak powinien: żałośnie. Robert poczuł się pewniej, uśmiechnął się i lekko powiedział:

– Dzień dobry! Nazywam się Zieliński. Możemy chwilę porozmawiać?

– Zieliński? Robert? Pan jest…

– Tak. Jestem – uciął, nie ścierając z twarzy uśmiechu, który wyraźnie się poszerzył na widok zaskoczonej miny tamtego. – Wpuści mnie pan?

– Tak… Proszę, niech pan wejdzie… – gospodarz odsunął się od drzwi i wskazał drogę.

– A pan zdaje się to?… – Robert zawiesił głos.

– Rafał Dobiecki…

– Powiedziałbym, że mi miło pana poznać, ale obaj doskonale wiemy, że nie byłoby to prawdą – Robert wciąż się uśmiechał, ale oczy wyglądały już dużo chłodniej.

Weszli do pokoju i stali chwilę niezdecydowani, zanim Rafał z niejakim wysiłkiem zaproponował kawę. Kawa? Ok! Niech pogadają przy kawie… Zresztą, czy to nie wszystko jedno? Gdy gospodarz był zajęty w maleńkiej kuchni, Robert rozejrzał się po czystym, skromnie urządzonym mieszkaniu: klitka, na oko trzydzieści metrów, stary telewizor, równie leciwy, ale markowy sprzęt audio i mnóstwo, mnóstwo książek. I płyt. Tych z naprawdę dobrą muzyką. Facet znaczy na poziomie…

Gdy na stole stanęła pachnąca kawa, Rafał usiadł naprzeciwko Roberta i spojrzał na niego badawczo.

– Wizytę zawdzięczam czemuś konkretnemu? – zapytał.

Robert zdawał się być bez reszty pochłonięty słodzeniem i mieszaniem kawy w mikrej filiżance. Po chwili podniósł wzrok i uśmiechnął się.

– No… raczej tak! Mam tu… – sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął smartfona – mam tu dla pana taką małą listę… jakby to powiedzieć? Wstępnych kosztów.

– Kosztów? Nie rozumiem…

– Hmm… A czego dokładnie pan nie rozumie, drogi panie Rafale? Biorąc pod uwagę całość sprawy, to chyba ja powinienem powiedzieć, że czegoś nie rozumiem. Ale ja rozumiem, bardzo dobrze rozumiem i właśnie z tego wynika nasze spotkanie.

Otworzył odpowiednią aplikację i wyświetlił listę wydatków, które od dłuższego czasu – jak stwierdził, patrząc na Rafała z obojętnością – ponosił sam, a teraz postanowił, że czas skończyć z wyłącznością.

– Wie pan, ona jest bardzo zadbana… Musimy obaj to przyznać… A takie coś kosztuje i to konkretnie! Potraktujmy to jak spotkanie biznesowe: chcemy korzystać z zysków, musimy obaj inwestować!

– Pan żartuje?… – gospodarz zbladł.

– Nie, dlaczego tak pan pomyślał? – Robert rozpiął marynarkę i rozsiadł się wygodniej. – Jesteśmy dorośli i nie ma sensu robić niepotrzebnego zamieszania. Ustalimy parę kwestii i rozejdziemy się w przyjaźni, jak… wspólnicy? – zaśmiał się z trudem.

Rafał kręcił się niespokojnie, uciekając wzrokiem. Robert czuł, jak wraca mu pewność siebie. Spokojnie wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Uniesionymi brwiami uzyskał zgodę Rafała i zapalił. Wciągnął dym głęboko i z satysfakcją przyglądał się zdenerwowanemu do granic rozmówcy.

– Wie pan – wrócił do wątku – nie chciałbym, aby potraktował mnie pan jak konkurenta w tym… nazwijmy to… biznesie. Mam wrażenie, że korzyści wystarczy dla nas obu, ale nie chcę być postrzegany wyłącznie jako sponsor strategiczny. Tak było, owszem, ale obawiam się, że pański – nomen omen – wkład musi mieć jednak znamiona wymiernego aportu do spółki. Nadąża pan za tym branżowym żargonem? – zapytał przyjaźnie.

– To jakaś horrendalna bzdura! Jak pan śmie tu przychodzić i… – facet wyraźnie chciał się rozkręcić, ale Robert przerwał mu planowaną tyradę.

– Jak  j a  śmiem? Pan raczy żartować, drogi Rafale! – Zieliński z uwagą zdjął z marynarki niewidoczny pyłek, strząsnął z papierosa popiół i spojrzał na tamtego. – To nie jest kwestia śmiałości! Raczej konieczności dopilnowania, żeby moje aktywa nie przeszły w ręce obcego kapitału.

Widząc ogłupienie w oczach Rafała dodał ciepło:

– Pan zdaje się jest humanistą? Literatura, wiersze, teatr, intelektualne dyskusje do świtu, te sprawy? Ok, porozmawiamy inaczej. Płaci pan rachunki, prawda? Co miesiąc: czynsz, prąd, kablówka… Ma pan kablówkę? – zatroszczył się niespodziewanie. Rafał patrzył na niego tępo i milczał. – Ma pan. Ale musi pan płacić za te przyjemności, bo inaczej pana ich pozbawią. A tu mamy podobną sytuację: korzystanie z pewnych przyjemności warunkuje ich opłacenie. I pojawiam się ja, jako główny sponsor de facto także pańskich przyjemności i to niezależnie od tego, czy sobie tego życzę, czy wręcz przeciwnie… – znów zaciągnął się dymem. Przymknął oczy i powoli wypuścił go nozdrzami. – Uznałem, że powinniśmy to uregulować. No, może nie na piśmie, ale jakąś umową dżentelmeńską dałoby radę.

Rafał wstał gwałtownie i wskazał ręką drzwi.

– Wynoś się, bydlaku! Wynocha, ale już!

– Siadaj! – warknął Robert. – Jeszcze, kurwa, nie skończyłem! – poczuł, że niepotrzebnie go poniosło i z całych sił opanował wzburzenie. Sięgnął ponownie po aparat i zaczął wyliczać: – Wynajem pomieszczeń w domu podczas moich służbowych wyjazdów, catering i alkohol podczas waszych spotkań, celowo pomijam kwestie drobnych upominków, które w międzyczasie pan uzyskał za swoje… powiedzmy… usługi.

Wstał i już chodząc, wyliczał dalej:

– Moje aktywa są na bieżąco modernizowane i poddawane cyklicznym procesom wpływającym na ich atrakcyjność: karnet na basen, wyjazdy do Spa, wizyty u kosmetyczki i masażysty. Do tego co miesiąc wydawane środki na garderobę i buty. Nie zapominajmy też o fryzjerze i manikiurzystce.

Rozejrzał się po niewielkim pokoju i już niemal pewien swojej pozycji zaatakował:

– Była tu kiedyś? Zaprosiłeś ją do tej nory? Dużo książek, płyt… Ale w dalszym ciągu to nora. Jak widzę, stanowi pan, panie Rafał, niekłamane wsparcie intelektualne i emocjonalne – zakpił. –  I trzeba było na tym poprzestać. Uznałbym to za szkolenie, no, inwestycję w rozwój. Ale na tym się nie skończyło i teraz trzeba ponieść koszty próby przejęcia mojej własności. A ty jesteś cholernym gołodupcem, którego moja żona traktuje jak pieska: udaje, że się opiekuje, kupuje smakołyki, nowe kubraczki i sadza na kanapie jak pieprzoną zabaweczkę. Bo tym jesteś dla niej: zabaweczką! Ale za chwilę twoja atrakcyjność mocno zblednie… Doskonale znam ten cykl – od fascynacji do znużenia. A potem poszukiwanie nowych podniet. To tylko nuda, nic ponadto…

Rafał milczał ze wzrokiem wbitym w dywan.

– Niech pan już idzie… – powiedział słabo.

– A nasza umowa? – drążył Robert.

– Niech pan się wynosi… No! Zabieraj się! – w Rafała wstąpiło życie. – Ty chamie! Ona cię nie kocha, nigdy ciebie nie kochała! Cholerny rogacz… Jesteś dla niej jak bankomat! Metalowa skrzynka z pieniędzmi! Może zamiast tłuc forsę, warto było zapytać, czego ona chce?

– Czyżby? A co ty masz jej do zaoferowania? – Robert z pogardą rozejrzał się po mieszkanku. Był wściekły, ale wciąż nad sobą panował. – No, co?

Ponieważ tamten się nie odezwał, Robert uśmiechnął się szeroko i zaproponował:

– Wiesz pan co, panie Rafał? Zadzwoń do niej i powiedz, że chcesz ze mną porozmawiać o was. Że postawisz sprawę jasno i zażądasz, żebym pozwolił jej odejść, bo przecież ona kocha tylko ciebie, prawda? No, to się zgodzi. Gwarantuję, że od razu się zgodzi. Teraz widzę, że to oczywiste… – znów ostentacyjnie rozejrzał się wokół i odrobinę dłużej niż należało zatrzymał się wzrokiem na starych i wyblakłych zasłonach.

Cisza wydawała się trwać w nieskończoność. Rafał nawet nie wyciągnął ręki po telefon. Patrzyli na siebie i obaj doskonale wiedzieli, że jest już po wszystkim.

– Będę się zbierał – Robert schował swój telefon, papierosy i zapalniczkę. Jednym haustem wypił zimną już kawę i odstawił filiżankę. Poprawił krawat, zapiął marynarkę. – Sprawę możemy uznać za zamkniętą?

Ponieważ nie usłyszał żadnej odpowiedzi, potaknął sam sobie.

– Czyli sprawa zamknięta.  Wolałbym, abyś to ty definitywnie zakończył ten wasz… hmm… romans…

Podszedł do drzwi i rzucił na odchodne:

– Magda to wspaniała, ale wymagająca kobieta. Wymagająca i roszczeniowa. Twoja bieda i tak by was zabiła.

 

Wyszedł i starannie zamknął za sobą drzwi. Minął część korytarza i dopiero za jakimś załomem oparł się o ścianę i chwilę musiał odpocząć. Był wykończony. Musiał tak postąpić, musiał skłamać, po prostu musiał! Ale teraz wszystko się zmieni, wszystko… On się zmieni! Przecież bez niej nie umiałby nawet oddychać…

W najlepszym okresie życia. A wcześniej? Potrafię zrobić meble (od podstaw), znajomość języka polskiego to moja super power dzięki studiom polonistycznym. Do tego podyplomy z public relations i znajomości UE. Teraz zajmuje mnie praca z tekstem: pisanie na zlecenie, korekta - od ponad 10 lat współpracuję z wydawnictwem uniwersyteckim; wsparcie językowe (pomoc niezbędna przy weryfikacji tekstów reklamowych, choć nie tylko). Lubię obserwować i dokumentować niemal wszystko - taki fotoreporterski bzik :-) poza tym kusi mnie fotografia kulinarna i pewnie coś z tym wkrótce zrobię. A póki co - piszę, piszę, piszę... Zapraszam na bloga mojenarracje.blogspot.com.pl oraz na fanpage Moje narracje. W przygotowaniu kilka kolejnych profili, gdzie pilnie ćwiczę swój pisarski warsztat. Na rok 2017 zaplanowałam projekt 365 dni #siepisze. Działam, bo to kocham :-)
Posts created 23

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Do góry