A tak sobie myślę

Metro

Spieszymy się. Zawsze. Dokądś. Do kogoś. Albo kompletnie bez celu czy powodu, bo tak już nam to weszło w krew, że nie potrafimy inaczej.

A co może się lepiej sprawić niż podziemna kolejka, która się korkom ulicznym nie kłania? Metro! Oto rozwiązanie idealne, co ważne, pod wieloma względami.

Jechałam metrem praskim, wiedeńskim, berlińskim. Nie miałam okazji skorzystać z metra warszawskiego, ale może jeszcze się uda.

To, co pamiętam z każdej takiej wyprawy, to zjawisko sprytnie kradzionego czasu. Na książkę, gazetę, muzykę płynącą ze słuchawek, intymnie, żeby nie przeszkadzać współpasażerom, bo książka taka cicha, niemal niezauważalna. A ja te książki widziałam. Nie potrafiłam doczytać tytułów, ale nie to było przecież ważne. Liczyło się tylko to, że te kilku- bądź kilkunastominutowe podróże nie były czasem zmarnowanym. Imponujące wyciśnięcie każdej minuty, bo za okno – może poza kolejką berlińską – raczej trudno się gapić. Ciemności otulające wagony z obu stron to taka namiastka nadchodzącej nocy, gdy przy lampce łapczywie pożera się kolejne strony, jeszcze jedna, no dwie, maksymalnie do końca sceny, rozmowy, rozdziału…

Czasem ogarnia mnie przemożna chęć przemieszczenia. Bez celu, dla samej przyjemności przeniesienia się z punktu A do punktu B. Gdyby w moim mieście było metro, jeździłabym nim w tę i z powrotem, najlepiej z książką i słuchawkami w uszach, zapewniając sobie idealną izolację. Bo nie lubie rozmawiać podczas moich podróży, obojętnie, czy zmierzam na drugi koniec miasta, kraju, świata… Pozorne oddalenie od problemów pozwala na błyskawiczne nabranie dystansu i spojrzenie na to, co przytłacza z innej, choćby niewielkiej perspektywy.

Im bardziej zagmatwana sieć wyznaczonych tras – tym lepiej. Żółta, czerwona, zielona, niebieska… Jak pokolorowane arterie tętniącego życiem miasta. Pod skórą, niewidoczne, a tak istotne.

Lubię metro. Ma w sobie jakieś mistyczne dzielenie rzeczywistości na stopklatki. Kilka minut oddalenia, bez możności spotkania się ponownie, bo pociąg odjechał, a za chwilę przyjedzie następny. Rachunek prawdopodobieństwa się poddaje – nie ma algorytmu stałości korzystania z połaczeń, które nie mają regularnego rozkładu jazdy.

Dziś mnie widzisz. Jutro mnie już tu nie będzie…