OPOWIADANIE 16

Opowiadanie „Mała Grassin”

Opowiadanie, które napisałam na konkurs literacki Fantazje Zielonogórskie 2014. Nie znalazłam się w gronie laureatów, ale cieszę się, że podjęłam wyzwanie i spróbowałam czegoś nowego w mało znanym mi gatunku fantasy 🙂 Inspiracją był autentyczny zapis znaleziony w Kronice Zielonej Góry, dotyczący Małej Grassin.

Zgodnie z obietnicą – 

opowiadanie niniejsze dedykuję Annie „Harpii” Niezabitowskiej 🙂

 

Rok 2014

            Kornel szedł… nie! On wręcz leciał na tę rozmowę kwalifikacyjną jak na skrzydłach. Po blisko półtora roku poszukiwań, rozesłania setki życiorysów – wreszcie ktoś zdecydował się go zaprosić. Chłopak był w samym środku czarnej dziury i kończyły mu się pomysły, jak uciekać przed wierzycielami. Skończone studia językowe, roczny staż w pracowni starodruków i… nic! Kompletna cisza. Bo niby kto by się miał zainteresować kimś takim, jak Kornel? A tu – proszę! Niespodzianka!

            Biuro firmy, która go zaprosiła było ogromne i składało się z bodaj kilkudziesięciu pomieszczeń na całym piętrze najbardziej okazałego w Zielonej Górze biurowca. Recepcjonistka powiodła go długim i rzęsiście oświetlonym korytarzem, a po chwili do pomieszczenia, w którym nakazała mu czekać, weszło kilku eleganckich mężczyzn. Przywitali się z Kornelem bardzo oficjalnie, po kolei się przedstawiając. Mimochodem zwrócił uwagę, że wszyscy mieli zadziwiająco zimne dłonie…

            Zaraz potem zaczęła się… Hm… Trudno to było nazwać rozmową kwalifikacyjną. W każdym razie Kornel nie tak ją sobie wyobrażał. Pytania dotyczyły przebytych chorób, krążenia, alergii, odporności na stres. Zrobiono mu kilka testów, chyba z Mensy. Kornel czuł się coraz bardziej zagubiony, ale odważył się wreszcie zapytać o szczegóły ewentualnej pracy.

– Ta firma to rodzaj… syndykatu… – mężczyzna mówił z wyraźnym namysłem, jakby każde słowo miało niezwykłe znaczenie. – Rozumie pan… Staramy się naprawić coś, co miało miejsce w przeszłości…

– Naprawić? W przeszłości? A to w ogóle jest możliwe? – faktem jest, że Kornel słyszał swego czasu jakieś plotki na temat coraz powszechniejszych zniknięć, o których nieoficjalnie i niemal szeptem mówiło się, że kogoś „przeniesiono w inny czas i przestrzeń”. Śmiał się z tego za każdym razem, ale teraz jakoś nie było zbyt zabawnie…

– Zanim pozna pan szczegóły, powinien pan przeczytać i podpisać klauzulę poufności. Nie chcemy, aby nasza… hm… nazwijmy ją: „działalność” była szerzej znana, a tym bardziej komentowana…

– Ale co ja miałbym niby robić? – zapytał Kornel, gdy już pobieżnie przeleciał wzrokiem blisko trzystronicowy tekst, a potem z ulgą go podpisał.

– No tak… zaraz, pozwoli pan, przejdziemy do rzeczy…- jeden z mężczyzn przyjrzał się podpisowi Kornela, a następnie szybko schował papier do teczki. Chłopak nie odważył się nawet zapytać o ewentualną kopię i facet uznał, że teraz już może zdradzić kilka szczegółów. Z każdym wypowiadanym przez mężczyznę zdaniem brwi Kornela podjeżdżały coraz wyżej, a serce biło jak oszalałe. Gdyby nie ten cały anturaż związany z otoczeniem i powagą prowadzących rozmowę, elegancko ubranych mężczyzn – uznałby to wszystko za program z ukrytą kamerą. Po długim i dość szczegółowym tłumaczeniu zasad przeniesienia, mężczyźni przeszli do rzeczy.

– Pana zadaniem będzie dotarcie do źródeł wydarzenia, a w zasadzie do jego konsekwencji… Chcemy wiedzieć, co się wydarzyło w siedemnastowiecznym Grünbergu… i tyle… – uśmiechnął się, zdawać by się mogło, z życzliwością.

– A po co?… To przeszłość, więc jaki sens grzebać się w tym, co miało miejsce wieki temu?

– Po prostu ma to dla nas szczególne znaczenie… – mężczyzna wyraźnie się zniecierpliwił. – Pan ma określone w umowie zadanie, a my płacimy za jego wykonanie. Zdaje się, że pańska aktualna sytuacja finansowa wyklucza wszelkie rozterki i wątpliwości? – zakpił.

            Kornel spuścił głowę. Cholerne długi… Nieważne już teraz – widzi w tym sens czy nie… Ma to zrobić, wziąć pieniądze i zapomnieć o całej sprawie.

– To jak? – ponaglili go.

– Zdaje się, że nie mam już zbyt wiele do powiedzenia… – powiedział bez entuzjazmu. – Ale… Muszę mieć gwarancję, że jeżeli cokolwiek mi się stanie, moja matka będzie zabezpieczona! – zażądał w jakiejś dziwnej desperacji.

– A w tym celu spotka się z panem za chwilę nasz prawnik i dopniecie warunki umowy – facet wstał i wyciągnął do Kornela rękę, a za nim zrobili to pozostali. – To… do zobaczenia! – chyba wbrew intencji zabrzmiało to jak kpiące pytanie. Uścisk ręki był równie nieprzyjemny jak ten na powitanie i Kornel wzdrygnął się z odrazą. Ten chłód był przejmujący…

            Po kwadransie do czekającego Kornela dotarł prawnik i ustalili zasady wypłaty wynagrodzenia. Chłopak zauważył, że gdy prawnik pakował do teczki dokumenty, uśmiechał się niemal niewidocznie kącikiem ust. Po chwili znów przywołał na twarz beznamiętny, niemal urzędowy wyraz, pożegnał się elegancko i wyszedł.

            Recepcjonistka poinformowała Kornela, kiedy, gdzie i z czym ma się zgłosić. Czekało go szkolenie z zakwaterowaniem w innej części biurowca. Miał zabrać ze sobą tylko małą torbę z rzeczami na kilka dni. Potem i tak nie będzie mógł z nich korzystać, więc…

***

            Szkolenie trwało ponad tydzień i zakończyło się testem. Należało bezbłędnie wskazać czas, miejsce, osoby oraz chronologię zdarzeń, w wyniku których syndykat postanowił wrócić do czasu minionego. Zakuwając, Kornel miał przed oczami stosiki nowiuteńkich banknotów, które już na dobre odmienią jego życie. Co ciekawe, z każdym dniem stosiki rosły, ale dziwnie się oddalały i Kornel wystraszył się, że pazerność może zaprowadzić go do miejsca, z którego nie będzie już tak łatwo wrócić…

            W trakcie szkolenia okazało się, że głównym obiektem zainteresowania syndykatu była jakaś nastoletnia dziewczyna, nazywana przez mieszkańców Grünbergu Małą Grassin, a zadaniem Kornela było do niej dotrzeć i zrobić wszystko, aby być w jej pobliżu w czasie wyznaczonym przez syndykat.

***

            I wreszcie nadszedł  t e n  dzień. Kornel wczesnym ranem odebrał telefon ze wskazówkami, gdzie dokładnie ma się udać. Wstał, umył się i niedbale ubrał. Po chwili dostarczono mu lekkie śniadanie, ale nie był w stanie niczego tknąć – adrenalina sprawiła, że nie czuł w ogóle głodu. Wyszedł z pokoju, skierował się do windy i zjechał na parter. Tam portier ruchem głowy wskazał mu odpowiednie drzwi. Za nimi dwóch mężczyzn w białych kitlach przywitało go zdawkowo i poprowadziło do pomieszczenia na końcu niewielkiego korytarza, które wyglądało jak połączenie jego pokoju hotelowego i gabinetu zabiegowego. Sucho kazano się Kornelowi rozebrać i rozpoczęły się żmudne badania, w trakcie których w pewnym momencie chłopak poczuł w ramieniu przeszywający, koszmarny ból. Zanim się zorientował, pod skórą powstało małe, twarde, wyraźne wybrzuszenie.

– Co to jest?! – przeraził się. – Co on mi wstrzyknął?!

– To rodzaj czarnej skrzynki, taki… mikroczip – z dobrotliwym, wręcz ojcowskim uśmiechem wyjaśnił jeden z mężczyzn. – Będziemy monitorować pana położenie w czasie i przestrzeni, a przede wszystkim na podglądzie będą pana funkcje życiowe… Rozumie pan? No… ciśnienie, temperatura ciała, poziom endorfin albo kortyzolu we krwi i tak dalej. To będzie także pomocne przy ściągnięciu pana z powrotem.

– Ściągnięciu? To ja nie mam na to żadnego wpływu? – Kornel poczuł dziwny dygot.

– Niech się pan nie denerwuje… To nie pierwsze takie przeniesienie i naprawdę bezpieczne.

– A jeżeli… jeżeli nagle będę chciał wrócić, skontaktować się… cokolwiek! Przecież, do cholery, nie zadzwonię z pierwszego napotkanego telefonu!

– Powtarzam: to całkowicie bezpieczne – wzrok faceta w białym kitlu przestał być dobrotliwy i Kornel stwierdził, że dalsze dyskusje nie mają sensu.

– Zawsze wybieracie spośród takich jak ja?

– Co wybieramy?

– No… Ochotników czy jak ich tam nazywacie…

– Ma pan ciekawe imię i nazwisko… rzekłbym: ponadczasowe i niezwykle w naszej sytuacji przydatne.

– Przydatne nazwisko? Nazwisko?! – zdenerwował się Kornel. – To po co te wszystkie badania, testy, dokumenty?! Wystarczyłoby, żebym się przedstawił?

– Panie Kornelu… Czy to naprawdę ma teraz jakiekolwiek znaczenie? Niech się pan odpręży, za… – facet spojrzał na zegarek – za mniej więcej godzinę rozpoczniemy procedurę. Zresztą, po co te pytania? Przecież wiedział pan o wszystkim od początku…

– Wiedziałem albo i nie wiedziałem… Czyli za godzinę mam być gotów? – upewnił się Kornel.

– Tak. Przyjdzie po pana jeden z pracowników. Najpierw dostanie pan zastrzyk na uspokojenie, potem się pan przebierze i przewieziemy pana do sali przeniesień. Będzie dobrze! – poklepał Kornela po ramieniu, jeszcze raz zerknął na zegarek i wyszedł.

            Dopiero w tym momencie Kornel był już całkiem pewien, że potwornie się boi…

Rok 1664

    Przeniesienie przypominało rozrywanie ciała na miliony kawałków – bolało wręcz niewyobrażalnie! Kornel nie był w stanie nawet krzyknąć, że to całe znieczulenie jest do dupy, gdy… zapadł się w ciemny, duszny, ciasny kanał. Mijała wieczność, a on nie czuł nic. Nagle jego ciało otuliło światło i dziwne ciepło. Nieśmiało otworzył oczy i zobaczył nad sobą rosłego mężczyznę, ubranego na czarno. Mężczyzna skrzywił się w nieszczerym uśmiechu i uderzył Kornela w twarz, żeby docucić go do końca.

– Wstajemy! Robota czeka! – dźwignął kompletnie oszołomionego chłopaka i ustawił w pionie. Kornelowi kręciło się w głowie i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna już ruszył.

– Jestem Przewodnikiem i twoim jedynym łącznikiem z tamtym światem. Żadnych własnych planów i pomysłów. Tu rządzę ja!

            Kornel, walcząc z zawrotami głowy posłusznie dreptał za Przewodnikiem. Poczuł przejmujący chłód i dopiero wtedy dostrzegł, w co jest ubrany, a raczej – jak licho jest odziany… Zdążył też zarejestrować, że są na jakimś dziwnym podwórzu, jakby na tyłach niewielkiego domu. Nigdy takiego w Zielonej Górze nie widział. No tak, ale przecież minęło kilka wieków…

– Wprowadzimy cię do rodziny Kramerów. Masz mało gadać, dużo robić, mieć oczy i uszy szeroko otwarte – nakazał Przewodnik. Weszli do ciemnawej izby, Przewodnik powitał gospodarza, wskazał na chłopaka i coś tam półgłosem tłumaczył. Po chwili pożegnał się i tak Kornel rozpoczął swoje życie w odległej czasoprzestrzeni.

            Po mniej więcej dwóch miesiącach Kornel poczuł się pewnie w nowej rzeczywistości. Z grubsza nauczył się języka, a robota u sukiennika Kramera nie była ciężka. Przewodnik co parę dni przekazywał mu nowe wskazówki i rozliczał Kornela z postępu prac. Był jak cień: wyrastał jak spod ziemi i równie niespodzianie znikał.

            Któregoś dnia Kornel zebrał się na odwagę i zapytał Przewodnika:

– Jak długo tu jesteś?

            Przewodnik spojrzał na niego z kpiną.

– Ciekawyś… Za długo, ale idzie się przyzwyczaić…

– Przyzwyczaić?! – Kornel nie wierzył własnym uszom.

– Robota jak każda inna… – uciął Przewodnik.

– Ale co? Siedzisz tu cały czas, czy dają ci co jakiś czas wrócić?

– Wrócić? Wrócić… A niby po co? Mnie tu dobrze, na pewno lepiej niż tam…

***

            Syndykat coraz bardziej cisnął, a Kornel nie miał im do zreferowania kompletnie nic. Wciąż czekał na spotkanie z Kristiną Grassin. Nie natrafił na żadną jej rodzinę, bliskich, znajomych… Nic – jakby była z tamtego świata, jak on. Od Kramera dowiedział się, że parę miesięcy temu uciekła z więzienia, ale ludzie w Grünbergu gadali, że wcale nie uciekła: ona po prostu wyszła! Podobnież w celi, gdzie siedziała, kraty były całkowicie stopione, choć zrobiono je z kutego żelaza. Strażnicy niczego nie pamiętali poza wielkim snopem światła, który ich oślepił i niechętnie opowiadali o czymś, co przerastało ich ograniczone rozumy… A Kristina? Dumnie i bezkarnie poruszała się po Grünbergu, doskonale wiedząc, że nikt i nic jej nie grozi, bo ludzi paraliżuje strach na samą myśl o tym, co mogłaby z nimi zrobić.

            I nagle, pewnego grudniowego ranka Kornel ją wreszcie zobaczył. Piękna, ognistoruda, o niebywale mlecznej cerze dziewczyna. Szła wprost na niego, na moment nie odwracając wzroku. Wyglądało, jakby go znała, a z pewnością, że wiedziała o nim więcej niż mógł się spodziewać. Speszył się, bo nawet w swoim normalnym świecie nie był specjalnie odważny w kontaktach z dziewczynami, a ta piękność o płomiennych włosach wręcz go onieśmielała swoim bezczelnym spojrzeniem. Podeszła do niego blisko, bardzo blisko…

– Kornelius… Prawda? – zabawnie przechyliła głowę i nadal nie odrywała od niego wzroku. – Skąd przybywasz, Korneliusie?

– Jestem z… – mętlik w głowie nie pozwolił mu zebrać myśli. Włosy dziewczyny niemal płonęły, a pod jej wzrokiem Kornel czuł niewyobrażalne gorąco na całym ciele.

– Wiem, skąd jesteś… Wiem, po co jesteś… – zaśmiała się. – Poznanie wielkiej tajemnicy nie jest wyzwoleniem – rzuciła zagadkowo.

– Nie rozumiem? – zdębiał Kornel.

– Gdy poznasz odpowiedź na wszystkie pytania… czy będzie potrzeba, abyś nadal żył? – dziewczyna dumnie odrzuciła włosy i wyminęła go, jakby był słupem.

            Chryste… No wprost nie mógł oderwać od niej oczu!

– Hej! – krzyknął jakby poza sobą. – Poczekaj! – a ponieważ dziewczyna przystanęła, pobiegł w jej stronę. Reszta była zwykłą formalnością…

***

            Tego dnia było koszmarnie zimno, a Kornel, w lichym kaftanie i z gołą głową miał wrażenie, że zaraz zamarznie. Rozglądał się za Kristiną, która wyznaczyła mu spotkanie przy Dolnej Bramie, przy domu piekarza Joachima Schellera. Kornel tupał w miejscu, rozcierał ręce i modlił się, żeby jego udręka wreszcie się skończyła. Marzył o ciepłym łóżku z czystą pościelą, gorącej herbacie i pilocie do jego absurdalnie wielkiego telewizora, za którego raty sprowadziły go wprost do siedemnastowiecznego grodu bez prądu, gazu, porządnego pubu i innych, miłych jego sercu rozrywek. Eh… Szkoda słów…

            Nagle usłyszał głos dziewczyny:

– Kornelius… – wołała go, śpiewnie przeciągając imię. – Kornelius… Gdzie jesteś?

            Wychynął zza muru i dziewczyna roześmiała się głośno.

– No chodź… – powiedziała cicho. – Coś ci pokażę…

            Zaintrygowany szedł za Kristiną, mając już niemal pewność, że właśnie dziś będzie mógł złożyć Przewodnikowi pierwszy konkretny raport, na który czeka syndykat. Reszta potoczy się już błyskawicznie.

            Przeszli przez Obertor, minęli cmentarz Świętej Trójcy, skręcili w Krautgasse i po chwili znaleźli się na obrzeżach miasta, przy niewielkim wzgórzu. Tu Kristina stanęła i głęboko wciągnęła powietrze.

– Czujesz? –  zapytała cicho.

– Ale… co?

– Swąd palonych ciał… – znów głęboki wdech. – On tu jest, będzie na wieki, nawet gdy wygasną płomienie wszystkich stosów… Ten potworny zapach i krzyki umęczonych kobiet nigdy nie znikną… – mówiła do niego, choć Kornel mógł przysiąc, że słowa są skierowane do kogoś, o istnieniu kogo nie miał pojęcia. – Nigdy! Są setki, a wkrótce będą tysiące straconych niewinnych istnień… I czyje sumienie to zniesie? Pożałują tego! – syknęła nie swoim głosem.

– O czym ty mówisz? – zląkł się Kornel.

– Nie wiesz? A no tak… – powiedziała jakby do siebie. – Skąd miałbyś wiedzieć… Tu stawiają stosy i palą na nich wiedźmy. Dla mnie ustawią stos za kilka dni… Wkrótce zechcą usłyszeć i moje jęki…

            Kornel milczał zaskoczony, że dziewczyna mówi o tym z takim spokojem. Odwróciła wzrok od wzgórza i spojrzała na niego.

– Błąd… Nie mają pojęcia, z czym będą musieli się zmierzyć…- uśmiechnęła się wyniośle. – Tobie też nie powiedzieli, prawda? Nie powiedzieli, że to tylko jedna szansa? Ja mogę być twoją szansą, ale… to tylko twój wybór – mimo ciemności jej oczy jarzyły się niepokojąco.

– Chodźmy stąd! – Kornel poczuł się nieswojo. Po co mu to wszystko wiedzieć?! Miał tylko złożyć raport i czekał na moment, kiedy coś się zacznie dziać. Wtedy syndykat dostanie to, czego żąda, a Kornelowi wreszcie pozwolą wrócić. – Nie lubię takich opowieści… – dodał wyjaśniająco.

            Kristina pozwoliła się objąć i ufnie wtuliła się z Kornela. Poczuł bijący od dziewczyny żar, który błędnie wziął za pożądanie.

***

            W nocy Kornela męczyły dziwne sny: pobity i obolały, błąkał się przy Lawalder Strasse. Czuł, jak boli go ramię, jak nogi odmawiają posłuszeństwa. Przebudził się wystraszony i przez chwilę miał wrażenie, że na łóżku usiadła Mała Grassin i patrzy na niego bez słowa… Potem jej twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie i nagle dziewczyna stanęła w płomieniach, śmiejąc się głośno. Tańczyła, a on nic nie mógł zrobić, tylko patrzeć… Powtarzała: „Nikt się nie dowie… Nikt się nie dowie…”. Przerażony tą wizją zakopał się głębiej w swoim barłogu i dysząc ciężko dotrwał do świtu.

            Rano zobaczył, że krawędź łóżka, tam, gdzie siedziała w jego śnie Kristina, jest dziwnie poczerniała, jakby nadpalona. Wzdrygnął się i niespodziewanie zatęsknił za matką… Boże, znów tak się strasznie bał!

***

            Dokładnie 23 grudnia ponownie pojmano Kristinę i osadzono. Do więzienia przyprowadził ją człowiek, którego Kornel bardzo dobrze znał. Odziany w swoją czarną, wielką  pelerynę Przewodnik wiódł dziewczynę, brutalnie co jakiś czas szarpiąc ją w swoją stronę. Kristina miała skrępowane z przodu ręce, a na twarzy wyraźne ślady pobicia. Szła dumnie wyprostowana, z pogardą patrząc na szpaler gapiów, którzy nawet nie próbowali krzyczeć i złorzeczyć, jak to mieli w zwyczaju przy prowadzeniu kobiet oskarżanych o czary. Teraz nie mieli odwagi – wyraz twarzy Kristiny był twardy, taki inny niż u tamtych, śmiertelnie przerażonych… Kornel stał w tym tłumie i nie mógł pozbyć się wrażenia, że całe to aresztowanie i szopka z doprowadzeniem przed sąd to element gry Kristiny, takiej niewinnej z zabawy kota z myszą, której finał jest zawsze do przewidzenia.

Rok 1665

            Proces Małej Grassin miał się odbyć 10 stycznia. Kornel próbował dostać się na salę sądową, ale z racji swojej pozycji społecznej mógł liczyć co najwyżej na solidnego kuksańca od strażników.

– Gdzie, parobasie?! – zaśmiał się głośno jeden z nich. – Wynocha!

– Ale ja… – jak miał im wytłumaczyć, że właśnie po to tu jest, żeby wszystko zobaczyć? – Ja nie mogę tu… Muszę tam… muszę widzieć! – zakrzyknął histerycznie. Przecież jeżeli nie wejdzie, cała misja będzie na nic, a on już nie będzie mógł wrócić.

            Strażnik uderzył go w twarz.

– Wynocha! Ale już! – krzyknął drugi strażnik i dał znak pozostałym kompanom, że już czas zamknąć wrota sali.

            Kornel, zrezygnowany, powlókł się do domu. Położył się w komorze i pomyślał, że spróbuje się z tego wszystkiego jakoś wyłgać. Nagle usłyszał, że drzwi od komory otworzyły się na skutek silnego kopnięcia i wystraszony usiadł na legowisku. W nikłym świetle gasnącego, styczniowego dnia zobaczył Przewodnika i zerwał się na równe nogi, gotów czmychnąć oknem.

– No jestem! – powiedział krótko Przewodnik i Kornel zrozumiał, że ucieczka nie ma sensu. – Co dla nas masz?

– Ja… Ja jeszcze nie zdążyłem nic… bo…

– Jesteś tu w konkretnym celu. Dziś zaczął się proces Kristiny Grassin, a ciebie nie było nawet na sali sądowej. Nie masz wrażenia, że nie dość się przykładasz? Ona ci ufa, nie zmarnuj takiej okazji! Zaczynamy się niepokoić o powodzenie przeniesienia. Masz jeszcze kilka dni, a potem… Potem przestanę być miły – warknął i już go nie było.

***

            Szczęśliwie dla Kornela, Kristina podczas pierwszego przesłuchania wszystkiemu zaprzeczyła. Dziewczyna na każdy ze stawianych zarzutów wybuchała śmiechem, co kompletnie onieśmielało sędziego, ale rozwścieczało obecnego na procesie księdza. Krzyczał raz po raz, że to czart mówi jej ustami, stąd kobieta nie zna strachu. Zażądał tortur, żeby „spokorniała” i „nabrała rozumu”, bo „tylko wyrzekając się diabła, uratuje swoje nędzne życie”…

            Zmęczony brakiem efektów sędzia postanowił ponowić proces za mniej więcej cztery tygodnie. Kristina z kpiącym uśmiechem wróciła do swojej celi, nie wydając z siebie ani słowa.

            Kornel wszelkimi sposobami próbował dostać się do więzienia, żeby porozmawiać z dziewczyną i przy okazji wyciągnąć z niej cokolwiek, ale oskarżane o czary kobiety były pilnie strzeżone, a na tortury, które wymagały opuszczenia murów więzienia były wywożone czarnym, niedużym powozem, przypominającym sporą skrzynię na kołach. Z rozmów Kramerów, prowadzonych ściszonym głosem Kornel dowiedział się, że Kristiny nigdy nie poddano żadnym torturom w murach więzienia, ani tym bardziej nigdzie jej nie wywożono. Bali się nawet wejść do jej celi…

            Ta niepewność i beznadziejne czekanie sprawiało, ze Kornel chodził coraz bardziej wystraszony i zdenerwowany. Czip pod skórą pulsował, wytwarzając przyjemne ciepło i dając w tym wszystkim Kornelowi mgliste poczucie więzi z miejscem, z którego wyruszył w tę absurdalną podróż.

***

            W dniu procesu Małej Grassin mieszkańców Grünbergu obudził potężny pożar. Krzyki przeplatały się z trzaskiem trawionych przez płomienie drewnianych elementów stropów i dachów. Proces pospiesznie odłożono, bo pożar zaczął się od zabudowań tuż przy sądzie i ciągnął się wzdłuż głównej ulicy.

            Budynki płonęły ponad tydzień… Burmistrz nakazał nawet, aby zaprzestano gaszenia, bo z każdym kubłem wylanej na pożar wody, płomienie wręcz buchały na kilka metrów w górę, jakby rozwścieczone próbą ich stłumienia. Każdy z mieszkańców trawionych przez ogień domów zarzekał się, że widział tańczącą w ich rozpalonym wnętrzu płomiennorudą Grassin.

            Podczas szacowania strat okazało się, że w pożarze zginęli wszyscy, którzy uczestniczyli w procesie Kristiny… Nikt tylko nie wiedział, co stało się z tym mężczyzną, który doprowadził Kristinę ponownie przed sąd – jakby zapadł się pod ziemię. Zresztą wszyscy zbyt byli przejęci skutkami szalejącego żywiołu, aby zbyt długo zaprzątać sobie tym głowę.

***

            Po kilku dniach od pożaru Kornela kolejny raz odwiedził Przewodnik. Rzeczywiście: już nie był miły… Wyznaczył chłopakowi nieprzekraczalny termin spotkania z Kristiną Grassin i wyciągnięcie z niej niezbędnych syndykatowi informacji. I Kornel nareszcie zrozumiał, po co on tu jest… Nie chodziło o jego przeniesienie czy żeby on zrobił cokolwiek istotnego dla syndykatu. Chodziło tylko o to, aby jakimś sposobem ściągnąć Kristinę tam, do nich… A on naiwnie sądził, że faceci w drogich garniturach będą lojalni, wypłacą mu należność i spokojnie zapomną o całej sprawie… Postanowił, że zaryzykuje ucieczkę, byle gdzie, aby jak najdalej stąd. Sprawa przyschnie, a wtedy pomyśli nad jakimś rozwiązaniem tego cholernego impasu. Musi tylko wyczuć odpowiedni moment…

***

            Na polecenie burmistrza kronikarz miejski, stateczny Joachim Schulz miał na podstawie relacji naocznych świadków obowiązek odnotować – ku przestrodze potomnym – całą historię z pojmaniem i procesem Grassin, który nigdy nie miał swojego finału. Jednak w chwili, gdy ów próbował opisać wszystko, co wydarzyło się po procesie, poczuł, że pióro pali go żywym ogniem, a atramentowe znaki z niemal czarnych przybierają kolor włosów dziewczyny…

            Przerażony rzucił pióro w kąt kancelarii i krzyknął z bólu: ręka była jakby nadpalona i straszliwie bolała.  Kronikarz przytomnie wybiegł na podwórze, padł na kolana i z ulgą zanurzył dłoń w głębokim, świeżym śniegu. Spalone miejsce pulsowało, a serce kronikarza waliło jak oszalałe. Oddychał szybko, zagryzając wargi, aby powstrzymać krzyk bólu.

            Po chwili poczuł nieznaczną ulgę i powoli wstał. Dziwnie zaniepokojony wrócił do kancelarii, a gdy mocniej uchylił drzwi zdążył tylko zobaczyć, jak jakiś potężny cień ginie w oknie. Schulz krzycząc „Złodziej! Ludzie! Na pomoc!” dobiegł do stołu i wystraszony spojrzał na kronikę. Zapis, który zdążył zamieścić – zniknął… Resztki stron tuż przy zszyciu świadczyły o tym, że ktoś je wydarł. Jednego nie mógł pojąć – dlaczego owe resztki były osmalone?…

            Nazajutrz w kancelarii odwiedzili go dziwni ludzie: prowadził ich wielki, odziany na czarno mężczyzna, który głosem nieznoszącym sprzeciwu nakazał nieszczęsnemu Schulzowi przyjąć wersję, że to tylko przewrócona świeca była przyczyną zniszczenia stron księgi z historią miasta, a przy okazji podali krótką listę tematów, których nie wolno mu żadna miarą utrwalić. Nie dyskutował, bo i po co? Mężczyźni nie wyglądali na chętnych do jakichkolwiek rozmów. Potakiwał lękliwie, aż ci – pewni swego – wyszli. Kronikarz zerknął na poparzoną dłoń i sam sobie pogratulował rozsądku: kto by uwierzył w te brednie o gorącym piórze i płonących literach?! Chciał mieć tylko święty spokój…

            Ale, tak czy inaczej, trzeba będzie porozmawiać z burmistrzem – takie zniszczenie dokumentów miasta może grozić utratą pracy. A on ma swoje lata i wie, że potem będzie mógł co najwyżej nająć się na parobka, przynajmniej dopóki sił wystarczy…

***

            Kornel ze szczegółami zaplanował ucieczkę. Cały swój żałosny dobytek spakował w niewielki tobołek, do kieszeni kaftana włożył kilka srebrnych monet – ot, wątły majątek na rozpoczęcie nowego życia. Cierpliwie czekał, aż Kramerowie pójdą wreszcie spać, a w całym gospodarstwie zapadnie upragniony spokój. Musiało być już grubo po północy, gdy cichutko wyszedł z bramy i… stanął jak wryty! Kristina, w otoczeniu kilku mężczyzn z dziwnie jarzącymi się w mroku oczami, wyraźnie na niego czekała.

– O… jesteś? – Kornel uśmiechnął się słabo.

– Dlaczego to robisz? – zapytała Kristina spokojnie. – Dlaczego chcesz mnie skrzywdzić? Dlaczego chcesz pozwolić, aby oni mnie skrzywdzili?

            Na Boga, ona wszystko wiedziała!

– Ale ja… Ty nie rozumiesz! – Kornel czuł, jak włosy jeżą mu się na całym ciele i nie było to bynajmniej z zimna. – Ja tylko miałem się dowiedzieć, czy… czy to prawda! Nie powiedzieli mi, co tak naprawdę chcą zrobić… Potrzebowałem tej roboty!

– Pieniądze… Zawsze chodzi o pieniądze! – syknęła. – Jesteś kolejnym nieudanym kurierem. Wszyscy kończyli tak samo… Ty też tak skończysz! – zerknęła na tobołek, który ściskał w dłoni. – Naprawdę sądziłeś, że uda ci się uciec? – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Korneliusie… Jeżeli ja daruję ci życie, oni i tak cię… – nie skończyła, bo Kornel cisnął w mężczyzn swój tłumoczek i rzucił się do ucieczki. Na szczęście na tyle znał miasto, że wąskie uliczki niemal same wiodły go na obrzeża grodu, wprost na zachodnie wzgórze. Drewniane trepy  ślizgały się na zlodowaciałej drodze, mroźne powietrze wprost rozrywało mu płuca, a on wiedział, że każdy upadek to szansa dla tamtych, żeby go dopadli. Jeszcze dwieście metrów, jeszcze sto… już za chwilę będzie bezpieczny – dobiegnie do domu winiarza, skryje się w tłoczni i przeczeka do rana. W mieście byłby bez szans…

            Potwornie zmęczony Kornel wbiegł na wzgórze i energicznie zapukał do niewielkiego domu. Ponieważ przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał, Kornel zaczął walić pięścią w masywne drzwi i przerażony krzyczeć:

– Ludzie! Otwórzcie! Na miłość Boską! Otwórzcie!

            Usłyszał za sobą szybkie kroki i w świetle księżyca zobaczył nadciągającą watahę. Naprawdę wyglądali jak wygłodniałe wilki: szczerzyli zęby w krzywych uśmiechach, doskonale wiedząc, że dopadli już kompletnie bezbronną ofiarę. Otaczali go powoli, jakby napawając się jego rosnącym przerażeniem.

            Pierwszy cios zwalił go z nóg, a kolejne nie dawały szans na jakąkolwiek obronę. Razy sypały się z każdej strony, silne, bezlitosne. Sapali z wysiłku, ale nie przestawali nawet na moment. Przerażony Kornel rozglądał się w poszukiwaniu ratunku i resztką nadziei szukał twarzy Kristiny. Przecież nie jest taka… Przecież… nie jest taka?

            Stała tam. Stała i z uśmiechem patrzyła, jak go katują. Instynktownie zasłaniał głowę, jednocześnie starając się tak wykręcać ramię, aby miejsce z czipem było bezpieczne.

            Po chwili banda uznała, że Kornel dostał za swoje. Ktoś na odchodne kopnął go z całej siły w brzuch i Kornel, kaszląc, zwinął się jak embrion. Kiedy leżał ogłuszony bólem, podeszła do niego Kristina.

– Kornelius… Mówiłam ci… Jeżeli poznasz odpowiedzi na wszystkie pytania, jaki będzie sens, abyś nadal żył?

            Kornel podniósł na nią wzrok, w którym było jedno wielkie błaganie o pomoc.

– Wszystko mogło wyglądać inaczej, ale teraz… teraz nie wydostanę cię stąd. Nikt ciebie nie wydostanie! Biedaku… przecież dałam ci szansę, tobie jednemu dałam ci wybór! – pogładziła go po policzku. – To ty wybrałeś i ty poniesiesz tego konsekwencje… Teraz to już tylko moja droga i nie mogę jej z nikim dzielić. A twoja… właśnie się kończy…

            Wstała i asyście swojej watahy spokojnie odeszła w stronę miasta, a wtedy Kornel rozpłakał się bezradnie. Teraz już wiedział na pewno, że to Mała Grassin tym koszmarnym pożarem pokazała wszystkim, na co ją stać. Ale to nie koniec… jeszcze nie… Pożałują, wszyscy gorzko tego pożałują… Po co w tym grzebali, czy lepiej jest po prostu nie wiedzieć? On już nie chce… Nie zniesie tej prawdy…

            Nie miał siły wstać i wbrew rozsądkowi poczuł, że ubity śnieg daje przyjemny, łagodzący chłód obitemu ciału. Przytulił policzek do zmrożonej ziemi i z uczuciem ulgi zapadł w dziwny letarg. Ocknął się, gdy poranek otulił go bolesnym zimnem. Spróbował wstać i zachwiał się. Powoli, powoli… Musi wrócić do miasta, odnaleźć swoje rzeczy i zniknąć. Raz na zawsze.

***

            O szóstej rano na ekranie szefa biura syndykatu wyświetlił się krótki raport:

„Kornel Paschke, oznaczony jako kurier numer 32 został usunięty z listy obiektów kwalifikowanych do ponownego przeniesienia. Utylizacji czarnej skrzynki dokonano dokładnie o godzinie 01.47 czasu lokalnego”.

– Szlag by trafił! – szef uderzył otwartą dłonią oblat biurka. – Kolejny chybiony…

            Sięgnął do interkomu i gdy zapaliło się zielone światełko, ryknął:

– Powiadomić Przewodnika! Wie, co ma robić… – ciężko usiadł w fotelu i wysapał: – Cholerna Grassin!

***

            Kornel ostrożnie podszedł od strony podwórza pod dom Kramerów i usłyszał, że gospodarz, bardzo wzburzony, coś komuś tłumaczy. Przyczajony trząsł się jak w gorączce. Bał się, że ktoś usłyszy, jak ciężko oddycha. I ten ból, potworny ból w piersiach, uniemożliwiający głębszy wdech. Ci bandyci z pewnością połamali mu żebra! Do diabła z tym wszystkim… Miał dość…

            Osunął się po ścianie i dotknął ramienia, gdzie powinien znajdować się czip. Zwykle  ciepłe i lekko zgrubiałe miejsce było… chłodne i dziwnie sine, jakby pod skórą coś się rozlało. Wystraszył się, że podczas szarpaniny zniszczył jedyny pomost łączący go z tamtym światem, ale po chwili się uspokoił i zaśmiał. Po chwili śmiech zamienił się w histeryczny płacz… Kornel już wiedział: nigdy nie wróci…

            Powoli wstał i zrezygnowany wszedł do komory. Nagle, niemal spod ziemi wyrosła przed nim potężna postać.

– To ty… – zdołał tylko wyszeptać Kornel. Ktoś z tyłu pociągnął go mocno i związał ręce na plecach. Przewodnik położył palec na ustach, nakazując milczenie. Kornel nawet się nie szarpał. Tylko tak strasznie żal mu było matki, której obiecał, że wróci. Zostanie sama… Boże, Boże, jaki był głupi, że w to wszystko się wplątał! Ale teraz już nic nie miało znaczenia…

            Mężczyźni zawlekli go do stojącej nieopodal domu Kramera szopy i brutalnie wepchnęli do środka. W migającym świetle świecy Kornel zobaczył stojący na klepisku stołek, a nad nim chyboczącą się pętlę. Zamknął oczy…

***

            Nazajutrz, po załatwieniu wszelkich pilnych spraw kronikarz miejski, tęsknie popatrzył na oprawioną w skórę kronikę Grünbergu, której, niestety, wciąż jeszcze nie wolno mu było dotykać. Sięgnął do swoich skrzętnie skrywanych szpargałów i na jednej z pustych jeszcze kartek, z kronikarskiego przyzwyczajenia odnotował fakty ostatnich kilku dni. Po jakimś czasie, gdy emocje opadną, a burmistrz przestanie tak się bać powrotu Małej Grassin, znów będzie można sięgnąć do kroniki, a wtedy jego ukradkiem prowadzone zapiski będą prawdziwym rarytasem! Uśmiechnął się na myśl o czekających go splendorach i wyrazach uznania. Po chwili wrócił do rzeczywistości i zamoczywszy noszące wyraźne już ślady zużycia pióro w zdobnym, marmurowym kałamarzu, beznamiętnie odnotował:

Dnia 17 lutego powiesił się parobek Kornelius Paschke

            A potem przypomniał sobie rozmowę, która odbyła się w kancelarii tuż po tajemniczym spłonięciu stron kroniki z zapisem wydarzeń sprowokowanych przez Małą Grassin. Drgnął na wspomnienie, bojaźliwie rozejrzał się na boki i szybko wykreślił notkę. Poniżej, niezwykle starannie zapisał, że:

Dnia 17 lutego na zachodnim wzgórzu za niewiadomą przyczyną spłonął dom winiarza Wilhelma Rotha.

            Odczekawszy chwilę, aby inkaust wysechł, skrzętnie ukrył zapiski i osuszył pióro. Przetarł przykurzone okulary i rozejrzał się po izbie. Stwierdził, że musi się pospieszyć z powrotem do domu: dziś na obiad żona obiecała mu pieczeń jagnięcą i żadną miarą nie mógł się spóźnić.

 

            Kilka godzin później kolejny pożar zaczął trawić miasto: dom po domu zawalały się całe ulice. Najwidoczniej Mała Grassin uznała, że zabawa dopiero się zaczyna…

W najlepszym okresie życia. A wcześniej? Potrafię zrobić meble (od podstaw), znajomość języka polskiego to moja super power dzięki studiom polonistycznym. Do tego podyplomy z public relations i znajomości UE. Teraz zajmuje mnie praca z tekstem: pisanie na zlecenie, korekta - od ponad 10 lat współpracuję z wydawnictwem uniwersyteckim; wsparcie językowe (pomoc niezbędna przy weryfikacji tekstów reklamowych, choć nie tylko). Lubię obserwować i dokumentować niemal wszystko - taki fotoreporterski bzik :-) poza tym kusi mnie fotografia kulinarna i pewnie coś z tym wkrótce zrobię. A póki co - piszę, piszę, piszę... Zapraszam na bloga mojenarracje.blogspot.com.pl oraz na fanpage Moje narracje. W przygotowaniu kilka kolejnych profili, gdzie pilnie ćwiczę swój pisarski warsztat. Na rok 2017 zaplanowałam projekt 365 dni #siepisze. Działam, bo to kocham :-)
Posts created 23

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Do góry