Hej kolęda kolęda

Opowiadanie „Hej kolęda, kolęda…”

Tak się zawsze kończy: planuję sobie tyle rzeczy na Nowy Rok, że zapominam o tym, co jest tu i teraz. I co?! Jak zwykle: to samo! Osaczyli mnie, uśpili moją czujność i … znów tu są!

Ogłoszenia parafialne były czytelne w swym przekazie i nie pozostawiały żadnej szansy na jakiekolwiek domniemania… Kolęda w naszym domu odbędzie się ni mniej, ni więcej tylko za dwa dni! Za dwa dni?! Jak mam w takim ciśnieniu wymyślić cokolwiek, aby w pełni usprawiedliwienie opuścić lokal mieszkalny i udać się w bliżej nieznanym kierunku?! Pustka w głowie była przerażająca! Szczęśliwy małżonek już w kościele bezczelnie obnażył pełnię uzębienia w szyderczym i pełnym wyższości uśmiechu: wedle własnych szacunków i dokonań zwierzchnictwa będzie wówczas na drugim końcu Polski. Farciarz cholerny! Miałam ochotę trzepnąć go w tę jego ucieszoną gębę, ale… ostatecznie… święte miejsce i tak dalej…

Modliłam się przez cały wtorek, żeby szefowa zatrzymała mnie dłużej w pracy. Nie wiem, co nieszczęsną opętało, ale przed czternastą wpadła do naszego pokoju i świegocząc zapodała temat popołudniowych planów. Nie omieszkała się pochwalić masażem, na który szykuje się szczególnie, bo w  tym nowym ośrodku jest masażysta, który masuje tak, że nawet szklanka wody przywołuje nieprzyzwoite skojarzenia (swoją drogą – biedny chłopak, masować takie truchło…). Kaśka pogrążona w obliczeniach nawet na nią spojrzała, więc ciężar żmudnej konwersacji spadł na mnie. I co? Jak ostatnia idiotka poinformowałam zbolałym głosem o kolędzie, a ta… zwolniła mnie wcześniej do domu! Chryste, na nikogo nie można już liczyć!

Tak więc wyszłam z pracy przed czternastą i resztką sił kombinowałam, co jeszcze może mnie uratować przed cykliczną wizytacją. I nic! Na dodatek miasto, zwykle o tej porze nabite i nieprzejezdne, rozstąpiło się przede mną jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. No żesz…

Już pod mieszkaniem motałam się kluczem dobrą chwilę, zanim do mnie dotarło, że drzwi jednakowoż są otwarte, a w mieszkaniu krząta się mąż. Wściekły mąż, nadmieniam.

– A ty co tu robisz? Miałeś wyjechać? – zapodałam dawkę jadu.

– Poleski pomylił terminy i w efekcie jadę jutro. Szlag by trafił!

Zdążyłam zjeść jakąś prowizorkę obiadu i rozległ się dzwonek. Młody wypełzł ze swojej nory i powłócząc nogami otworzył drzwi. Na widok stojącego w progu ministranta rozjaśnił się nieznacznie, strzelili sobie „miśka” i z ust juniora rozległo się jakże wiele mówiące:

– Nooo… – i drzwi zatrzaśnięto.

– Co tam? – byłam żywotnie zainteresowana interpretacją tej jednoaktówki rodem z kabuki.

– Oj, mamo…

– Czekam!

– To był Bartek i pytał, czy przyjmujemy księdza, bo już jest na naszym piętrze, to mu odpowiedziałem, że tak, to on, że ok, to ja też, że ok i poszedł.

Konia z rzędem temu, kto usłyszał podczas tej domniemanej konwersacji jakiekolwiek słowo dwusylabowe. Odpuściłam. Po kwadransie – pukanie. Targnęłam się do drzwi i przywołując na twarz uśmiech numer pięć otworzyłam je na oścież. W progu stał ksiądz i prowokacyjnie patrzył powyżej wizjera. Powędrowałam za jego wzrokiem i… O, Jezu… Ten baran, mój syn, napisał na drzwiach „K+M+B.2014.com.pl”… Zabić to mało…

Dygnęłam jak pensjonarka i szeroko uśmiechnięta zaprosiłam księdza wraz z dwuosobową świtą do środka.

Ministranci niemrawo i bez najmniejszego zaangażowania wymruczeli prawdopodobnie pierwszą zwrotkę „Przybieżeli do  Betlejem…”, a potem zamilkli na dobre. Ksiądz mozolnie dokonał rytuału powitania, błogosławieństwa i dostojnego usadzania swych szat i ich wnętrza na krześle. I się zaczęło…

– A to numer 58, tak? I mieszkają tu Agnieszka i Michał? – spojrzał na nas badawczo znad okularów i postawił znaczek na „Karcie Parafianina”.

– Nie, Agnieszka i Krzysztof – odpowiedziałam grzecznie.

– A Michał?

– Michał nie żyje.

– Jak to?! No przecież tu siedzi! – ksiądz spojrzał na przyszłorocznego kandydata do bierzmowania, z którym ma wątpliwą przyjemność spotykać się na kursach przygotowawczych.

– Tak, ale to syn Michał, a księdzu pewnie chodziło o nas, czyli jego rodziców?

– To jaki Michał nie żyje?

– Mój ojciec – uściśliłam.

– A mama? Znaczy Agnieszka?

– Agnieszka to ja. I, jak widać, jeszcze żyję…

– A mama?

– Czyja? – niespodziewanie włączył fonię nasz syn.

– No, twoja, moje dziecko… – ksiądz spojrzał na mnie spłoszony, szukając aprobaty dla swoich pytań.

– To ty jesteś córką księdza? – latorośl spojrzała na mnie z oburzeniem.

– Nie, tak się tylko mówi… – dałam się sprowokować. – „Moje dziecko”… „Moja córko”…

– Wolałbym „mój synu”… – syn wszedł właśnie na kruchy lód.

– Nie wolałbyś, zapewniam…

– To jak miała na imię twoja mama, moje dziecko? – zapytał ksiądz, nie podnosząc głowy znad zabazgranej kartoteki.

– Moja? Agnieszka! – uprzejmie poinformował Michał.

– Nie, pytałem twoją mamę, moje dziecko!

– No właśnie ksiądz powiedział: „Jak miała na imię twoja mama, moje dziecko?”… – gówniarz świetnie się bawił.

– Ale twoja mama żyje, tak? – tłumaczył mu cierpliwie ksiądz.

– No tak…

– To chyba raczej zapytałbym „Jak  m a  na imię” moje dziecko…

– Księdza dziecko?! A my skąd mamy to wiedzieć?! – teraz mąż bawił się doskonale. Ksiądz nieudolnie zgromił go spojrzeniem pełnym niemej, ale widocznej przygany.

– Jeszcze raz i powoli… Kto tu mieszka?

– Tu mieszka Agnieszka! – już rżał małżonek.

Na twarzy księdza malowała się bolesna chęć zrozumienia tego bełkotu.

– Moje… Znaczy… Moi drodzy! Muszę uaktualnić kartotekę i proszę o pomoc, bo tu tyle skreśleń, że…

– A nie prościej byłoby założyć nową kartę? – zaproponowałam ad hoc.

To było tak nieoczekiwane i odkrywcze, że ksiądz zdębiał.

– No… chyba tak… Ale nie mam przy sobie czystych kartoników, to teraz tylko tu skreślę… Taaak… Krzysztof nie żyje…

– Michał nie żyje! Mój ojciec, Michał, nie żyje! Moja mama, Krystyna, też nie żyje! – wściekłam się. – Co roku ta sama szopka! Co roku tłumaczę kto, co i dlaczego! Czy nie można tego raz na zawsze zapisać?!

– No właśnie… A czemu tu są wpisani pani rodzice? – zapytał rzeczowo ksiądz, na moment nie przestając bazgrać na i tak zmasakrowanej karcie.

– Bo mieszkanie mam po rodzicach… Chyba mogę?

– Jeszcze raz: Agnieszka i Krzysztof z synem Michałem, tak? – zreasumował.

– Tak!

– A poprzedni lokatorzy to byli Michał i Krystyna?

– A to spis powszechny czy wizyta duszpasterska? To raczej parafianie, nieprawdaż? – syknął małżonek.

– A jak ja powiedziałem? – stropił się ksiądz.

– Lokatorzy…

– Dajmy temu spokój… – sapnęłam już naprawdę zmęczona. – Ma ksiądz do nas jeszcze jakieś pytania? – chyba poleciałam za ostro, bo wzrok księdza nie wróżył nic dobrego.

– A cóż wy sobie wyobrażacie?! Że to jakaś cholerna wizytacja?!  Że po to po mrozie popylam, żeby wam jakieś przesłuchania robić?!  – krzyknął wzburzony. I wypuścił śmiertelny strzał:

– Nie dam wam obrazków! Nic wam nie dam! – schował do teczki wymiętoloną i do granic możliwości pokreśloną kartę, pokrytą co roku dopisywanymi aktualizacjami. – W życiu czegoś takiego nie doświadczyłem! Co za chamstwo… – sapał.

– Nie, no chwileczkę! – próbowałam ratować sytuację. – Po co tak nerwowo… Przecież możemy sobie chwilę porozmawiać, przecież chce ksiądz wiedzieć, co słychać u parafian, prawda?

– Chciałem. Ale teraz już nie jestem tego taki pewien… – dąsał się. – Zresztą, zasiedziałem się i… powinienem już iść, bo tam ministranci… i w ogóle… – rozglądał się nerwowo po pokoju. Nagle jego wzrok spoczął na kopercie leżącej na komodzie i wyraźnie się uspokoił.

– No, moi drodzy, to co tam u was? – zagaił przyjaźnie.

– Ale w sensie, że co? – sprecyzował mąż.

– Nooo… Pracę macie?

– Mamy! – zakrzyknęliśmy chórem.

– Zdrowi jesteście?

– Jesteśmy! – znów gromki okrzyk.

Na skutek zgodnie złożonych oświadczeń duszpasterz wstał i poprawił stułę.

– Taaa… To co? Błogosławieństwo? – zaproponował życzliwie.

– Może być – łaskawie zgodził się małżonek.

– To „W imię…”

-A obrazka naprawdę nie będzie? – zatroskał się syn. – To co ja wkleję do kajetu od religii?

Zabiję gówniarza, jak mi Bóg miły, zabiję!

– No dobrze… – wyraźnie już odprężony ksiądz pogrzebał w czeluściach swojej teczki. – Masz tu, chłopcze, świętego Szczepana, młodzianka, pierwszego męczennika! Trwał w czystości i w czystości odszedł do Pana… Wzoruj się na nim! – nakazał po ojcowsku.

– W czystości? E nie, to odpada… – młody wzruszył ramionami, a ksiądz chyba resztą sił się powstrzymał, żeby go nie prasnąć. Znów tęsknie spojrzał na kopertę i chyba stwierdził, że gra niewarta świeczki.

– W imię… – ponowił, ale znów nie skończył, bo zadzwoniła jego komórka. Spojrzał spłoszony i uzyskawszy naszą niemą zgodę – odebrał.

– Ksiądz Andrzej, słucham! – rzucił dziarsko. – Co?! Jak to: z powrotem?! … A ksiądz Ryszard? … Ale dlaczego ja?… – użalił się nad sobą. – Przecież ja miałem msze o szóstej, ósmej i dziesiątej trzydzieści!… Co?… On ma zawsze problem z gardłem, gdy zbliża się osiemnasta! … Dobrze… no już dobrze, mówię przecież! – krzyknął. – Niech się siostra wyłączy! Niech się siostra wy… Co? W sensie „odłoży słuchawkę”! – wyłączył komórkę i sapnął mściwie: – Człowiek człowiekowi wilkiem! A gdzie miłość bliźniego?! Gdzie troska i poszanowanie? Eh… służba trudna, a naród niewdzięczny… – z pochyloną głową szedł w kierunku wyjścia.

Małżonek usłużnie otworzył załamanemu księdzu drzwi i po jego wyjściu solidnie je zamknął. Gdy już zgasiłam świece i odwiesiłam krzyżyk, usłyszeliśmy pukanie.

W drzwiach stał ksiądz z przepraszającym uśmiechem na dobrotliwej twarzy.

– Tak? – zapytałam uprzejmie.

– A… ten… Nie zapomniałem tu czegoś? – wymownie spojrzał w kierunku dużego pokoju.

– Nie, niczego ksiądz nie zapomniał – mój głos był jak spiż. – Zauważyłabym – dodałam.

 – No nic… Trudno… To… z Bogiem? – głowę bym dała, że w jego głosie nie było nawet śladowych ilości miłości bliźniego. Skinął wyniośle, zrobił w tył zwrot i oddalił się dziwnie nerwowym krokiem.

 

I spokój. A za pieniądze z koperty kupiłam sobie książkę „Naucz się mówić NIE”. Gdy za rok przyjdą ministranci z nurtującym pytaniem, niewykluczone, że wykorzystam nowo przyswojoną wiedzę…

W najlepszym okresie życia. A wcześniej? Potrafię zrobić meble (od podstaw), znajomość języka polskiego to moja super power dzięki studiom polonistycznym. Do tego podyplomy z public relations i znajomości UE. Teraz zajmuje mnie praca z tekstem: pisanie na zlecenie, korekta - od ponad 10 lat współpracuję z wydawnictwem uniwersyteckim; wsparcie językowe (pomoc niezbędna przy weryfikacji tekstów reklamowych, choć nie tylko). Lubię obserwować i dokumentować niemal wszystko - taki fotoreporterski bzik :-) poza tym kusi mnie fotografia kulinarna i pewnie coś z tym wkrótce zrobię. A póki co - piszę, piszę, piszę... Zapraszam na bloga mojenarracje.blogspot.com.pl oraz na fanpage Moje narracje. W przygotowaniu kilka kolejnych profili, gdzie pilnie ćwiczę swój pisarski warsztat. Na rok 2017 zaplanowałam projekt 365 dni #siepisze. Działam, bo to kocham :-)
Posts created 23

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Do góry